wtorek, 30 wrzesień 2008

www.slowalitery.blogspot.com

piątek, 26 wrzesień 2008

wszystko się okaże

bo czy to juz koniec? bo pisac przeciez musze. cos chodzi mi po glowie. i moze zaczniemy znowu od trawy, jak ostatnio? hmm..? bo dzis z przeciaglych trrrr trrrr zza balkonu wylonil sie zapach skoszonej trawy. to chyba cos znaczy

poniedziałek, 21 lipiec 2008

warszawa (ponadliczbowa)

Co mam powiedziec? Wyglada na to, ze Olgita zna mnie najlepiej. Brakuje mi pisania i czytania was, nie wiem tylko, jak poradzic sobie z tytulem bloga. Dzisiaj bylby juz 200. dzien (i to nie wliczajac tego 17 kwietnia zawieszonego gdzies miedzy Australia i Polinezja Francuska, ktory dostalismy do przezycia po raz drugi)! Nie ma chyba lepszej rady, jak to ograniczenie po prostu zignorowac, przeciez nie mozna tak sie szufladkowac przez wyliczenia :)
Mam gonitwe mysli, wiec nabalaganie pewnie niezliczona liczba watkow. Postaram sie poprawic, ale glowe ciagnie juz w zbyt wiele stron i trudniej tu troche o spokoj.
Pierwszy tydzien w Polsce byl tloczny, przegadany i nieprzytomny - roznica czasu dawala o sobie mocno znac, zasypialismy dopiero okolo piatej rano. Poniewaz w ciagu dnia spac nie chcielismy, zeby zmusic zmeczone organizmy do dostrojenia sie do polskiego zegara, pierwsze dni plynely jak w somnambulicznej wizji, ze scisnietym w czaszce mozgiem, rozgrzanymi oczami i napietymi zylami na czole. I byly cudowne. Pelne ludzi.
W poniedzialek poszlam z rodzicami na spacer, przywitac sie z Warszawa. Saska Kepa jest dla mnie nie zrownana, ruszylismy w strone Mostu Poniatowskiego (ktory zawsze bedzie mi sie kojarzyl z Zamachem Majowym i Marszalkiem Pilsudskim bardziej niz z Poniatowskim), jak zwykle ulica Krolowej Aldony. Na moscie remont, wiec dluzej niz zwykle zostalismy na praskiej stronie. I dobrze. Dobrze, bo na moscie znajome sceny (bardzo sie ucieszylam, bo co ma sie zmarnowac? to przeciez prekursorzy recyklingu!),

a po drugiej stronie rzeki znajoma postac:

Zaczelam sie zastanawiac, czy Syrena byla dziewica? Chyba powinna byc, ale nie pamietam cale tej historii. GTB (Grupo Trzymajaca Bloga) - jakies podpowiedzi?
Wzdluz plotu gazowni (elektrocieplowni?), obok salonu Forda i do Czulego Barbarzyncy. Kawa dobra, ale najlepsze otoczenie - polek uginajacych sie od ksiazek, raj Malego Mongola. Mama tez ruszyla do boju i obie wyszlysmy z nareczem ksiazek (plastikowych toreb nie bierzemy!). A oto my:

Tym sposobem na komodzie mam juz 40-centymetrowej wysokosci gore ksiazek, ktore czekaja na przeczytanie. Dolozylam lektury afrykanskie, bo kolejna wyprawa Afryki raczej nie ominie. Zapomnialam wam wczesniej napisac, ale wsrod napotkanych obiezyswiatow panowala niesamowita moda na "Shantaram" Gregory'ego Davida Robertsa. Z modami to roznie bywa, ale polecal ja tez Peter (moze go pamietacie z indonezyjskich relacji), wiec postanowilam nas w nia zaopatrzyc. To opowiesc o azjatyckich perypetiach australijskiego skazanca. Na razie ostroznie polecam, a po przeczytaniu bardziej definitywnie sie wypowiem w sprawie :)
W poniedzialek spotkalismy sie tez w wiekszym gronie na wieczorne pogaduchy. Tato J. przymierzyl swoja peruwianska czapke :) Tak na marginesie, to zobaczcie sami - Tato J. ma wyglad idealnego podroznika, opala sie prawie na czarno, wiec w Azji i Ameryce Pd. wezma Go za swego. Taki wyglad, a wiemy to po doswiadczeniach podrozy z naszymi rozjasnionymi sloncem blond czuprynami, ma swoje wielkie zalety.

Wrocilismy tez na czerwona kanape Sasiadow. Tam zawsze jest nam dobrze i warto miec takie miejsce (i takich Przyjaciol). A bylo tak:

Na czerwonej kanapie panowie (Brat I., Wojtek i Brat J.), a przed nimi Sasiadeczka w nowej koszulce z Bangkoku i nowym szalu (chyba) z Kambodzy :)
A ponizej my w czasie lustrzanej sesji, na zdjeciu musieli byc wszyscy.

Na Saska Kepe sprowadzila sie Agata, czyli Siostra J., i mieszka jakies 200 metrow od nas. Jak zwykle mieszkanie urzadzone tak, ze chce sie tam przychodzic. A kamienica na Zwyciezow, w ktorej sie znajduje, to swiadek warszawskiej historii. Budynek jest przedwojenny, ze stara klatka schodowa. Lubie wspinac sie do mieszkan po takich klatkach schodowych.
Nad drzwiami pozostalosci powojennych kwaterunkow.
Duze mieszkania dzielono na mniejsze i rozpychano przestrzen (fizyczna, wzrokowa, dzwiekowa) do granic wytrzymalosci, tak by zdolna byla pomiescic kilka rodzin. Takie opowiesci pamietam jeszcze z Wroclawia. Juz calkiem dawno temu do mieszkania rodzicow zapukala pewna staruszka, ktora chciala obejrzec dawne lokum swojej rodziny. W kazdym pokoju 80-metrowego mieszkania ulokowano jedna rodzine, kuchnie i lazienke przeznaczajac do wspolnego uzytku tej kilkunastoosobowej przymusowej spolecznosci. Zreszta z Wroclawiem (i nie tylko z Wroclawiem) zwiazanych jest mnostwo takich opowiesci. Podobno w przepastnych piwnicach i mieszkaniach poniemieckiego miasta wprowadzali sie przesiedlency razem z przydomowa trzoda pozbawiona swoich stajni, chlewow i kurnikow. Jak sie domyslacie, nie dalej niz w tydzien cala kamienice wypelnialy iscie wiejskie zapachy, nierozganiane wcale rozpedzonym na polach wiatrem.
A w sobote szczesliwe chwile - slub i wesele naszych przyjaciol - Kuby i Pauliny. Czy mozna sobie wyobrazic cos bardziej polskiego niz polskie wesele? Lubie myslec, ze biesiadowanie (my, rodacy) mamy we krwi i malo kto robi to od nas lepiej.

Ponizej rozbawiony Bromba (w wersji elegance), pedzi wokol stolow trzymajac za rece pozostalych uczestnikow tradycyjnego weza.

Dobra, uciekam od komputera, dzisiaj obchodzimy z Bromba rocznice slubu. Rocznica pierwsza, ale ze wzgledu na fakt, ze ostatnie szesc i pol miesiaca bylismy razem niemal non stop, liczy sie co najmniej za trzy lata!
Nastepna podroz na poludniowy zachod Ojczyzny, do napisania z Wroclawia! Potem MM zabiera sie za poszukiwanie nowych zrodel dochodu :)

piątek, 11 lipiec 2008

Denver

Po ostatnich komentarzach zrobilo mi sie smutno, ze juz sie zegnamy z blogiem - co ja teraz poczne bez pisania? No i te momenty, jak otwieranie czekoladek, kiedy jest wreszcie komputer z internetem i mozna do was zajrzec, was przeczytac?! No nie wiem, moze jeszcze by tu troche pojezdzic. Szczerze wyznaje, ze mam mieszane uczucia. Wojtek jako psychicznie bardziej poukladana czesc naszego uroczego duetu, juz ma wszystko w glowie przygotowane, jeszcze tydzien oswajania sie z pozostawaniem w miejscu (co nie znaczy w bezruchu) i jest gotowy pracowac. Ja chce wracac, zeby wszystkich zobaczyc i pogadac (zaraz do tego gadania wroce), ale czuje sie jak dziecko zganiane z placu zabaw, ciagle odwracam glowe i chce jeszcze patrzyc i cieszyc sie, ciagle konfrontowac siebie/nas ze swiatem. Wiem, ze to w innej postaci jest tez w domu, ale tu jestesmy na wolnosci, jestemy bez halasu, bez codziennosci. Moze to stanie w rozkroku, to obracanie glowy, to taki przywilej wrazliwcow, gorsza strona czegos lepszego :)
Co do gadania - odnajduje w polskiej rozmowie cos niesamowicie swojskiego, poruszajacego. Zaraz powiecie, ze zupelnie mi sie cos pomieszalo i zamieniam sie w rozmiekajaca co piec minut babe, ale trudno. Oczywiscie rozmawiamy z Wojtkiem po polsku, ale nie ma tego elementu zbiorowosci, tego zgromadzenia sie i gadania, gadania, gadania bez konca. Aga pokreci nosem, ale sama byla dla nas elementem tego doswiadczenia. Po miesiacach podrozy, te momenty rozmowy, z Hubertem i Justyna w Indonezji, z Aga i Malym w Boliwii i Chile, z Olga i Agnieszka w Meksyku i potem oczywiscie w Chicago, choc bardziej w podrozy na Alasce, maja w sobie cos niezwyklego. Odkrywam to znowu w Denver, kiedy rozmawiamy z Mackiem i z Aldona o rodzinie, o Polsce, o pracy, o podrozach. Nie moge sie doczekac az Maciek wroci z uczelni, Aldona z gabinetu i zaczniemy znowu rozmawiac. Choc sa swietnie zorientowani w polskiej rzeczywistosci, to jestesmy dla nich troche przybyszami z tej samej, ale nie takiej samej Polski - oni wyjezdzali w 1984 roku. Przywoluje to echo innych spotkan, bo reakcja na "nowa" Polske jest dla nas zawsze mila - przymruzamy oczy na zdziwinie, ze Polacy nie siedza za zelazna kurtyna w cieplych kaftanach, ze nie pracujemy na czarno, ze mowimy po angielsku i jedziemy dookola swiata, ze nie jestesmy Niemcami czy Norwegami i mimo to mozemy to zrobic. Odbieramy to jak komplement, wbrew polskim obyczajom podkolorowujac jeszcze troche obraz naszego kraju, a co.
Poszlam za wskazowka Nalesnika i zajrzalam do wczesniejszych postow. Ten ciag obrazow w glowie wydaje sie nierzeczywisty.

To oddaje klawiature Brombie, koniec wykladu z podworkowej filozofii (cytat z Bromby), Bromba musi wam opowiedziec jeszcze o rodeo!
Zdecydowanie o rodeo, chociaz jak widze nastroj wsrod komentatorow na blogu morowy, zadnych fanfar na czesc szczesliwego powrotu podroznikow z wyprawy, zadnych wiwatow z okazji rychlego spotkania, tylko lament z powodu konca wycieczki:)
Ale co tam, na koniec jeszcze troche sie dzialo, drugiego dnia w Yellowstone ogladalismy polnocna i wschodnia czesc parku, na poczatek znajome juz widoki i zapachy (niezapomniany dyskretny zapach dawno nie czyszczonego szamba) goracych zrodel Mammoth Springs, z tym ze tu dodatkowo natura tworzy polki skalne, po ktorych powoli splywajaca goraca, mocno zmineralizowana woda, ktora z kolei stanowi pozywke dla bakteri malujacych skalne niecki przeroznymi kolorami. Nastepnie byl wawoz, kanion, przelomy i wodospady rwacej Yellowstone River, potezne jezioro Yellowstone, na przekor otaczajacej przyrodzie calkiem zimne, blotny gejzer wyrzucajacy ze swoich czelusci fale blotnistej wody (o tej porze roku bardziej przypomina to mocno zamulona kaluze) oraz oczywiscie mnostwo dzikich zwierzat: bizony, jelenie, pelikany, kaczki...Yellowstone opuszczalismy z zalem, ale tez z delikatnym uczuciem ulgi, bo wszechogarniajacy tlum amerykanskich wczasowiczow, korki na drogach i potezne parkingi troche nas znuzyly. Nasz kabriolecik na gorskich drogach sprawowal sie wysmienicie, a zlozony dach objawial sie mocno zaczerwienionymi twarzami i przedramionami, po dwoch dniach jazdy MM domagal sie przywrocenia dachu ze wzgledu na poparzenie przedzialka we wlosach:). Po wyjezdzie z Yellowstone ruszylismy na polnocny zachod w kierunku Devils Tower, Mt. Rushmore i Crazy Horse Moniument. Po drodze przejezdzajac przez niewielka miejscowosc Cody, skorzystalismy z nadarzajacej sie okazji obejrzenia prawdziwego amerykanskiego rodeo. Arena jak na USA przystalo bardzo pozadna (niejeden polski klub pilkarski chcialby miec takie trybuny). Na trybunach roznokolorowy tlum lokalnych cowboyow i turystow, jednych od drugich mozna bylo dosc latwo odroznic po stroju, cowboye w kowbojkach, dzinsach, kraciastych koszulach i kapeluszach, turysci w sportowym obuwiu, szortach i wyciagnietych t-shirtach. A oto i typowy przedstawiciel gatunku cowboy, czyli po polsku pastuch...
...i jego milsza dla oka odmiana.
Show zaczal sie od apoteozy USA w wykonaniu spikera, o tym jaki to wspanialy kraj i jacy wspaniali ludzie ("kto z was mieszka w Ameryce, najwspanialszym kraju na swiecie?!" (wrzask, skandowanie, oklaski, "kto z was jest dumny z tego, ze mieszka w Ameryce, najwspanialszym kraju na swiecie?!" (wrzask, skandowanie, oklaski), podziekowan i oklaskow dla wszystkich, ktorzy sluzyli w wojsku, policji, strazy pozarnej lub strazy granicznej (poproszono ich, zeby wstali z miejsc, a reszta nagrodzila ich oklaskami, stojaca obok nas kobieta-zolnierka miala lzy w oczach), oczywiscie pochwaly amerykanskiego sztandaru puszczanej z kasety w wykonaniu Johny'ego Casha (przez arene przejechaly na kucykach dzieci ubrane na blyszczaco-bialo-czerwono-niebiesko, jedno z nich dzierzylo sztandar z calkiem ogromna jak na skale dziecka amerykanska flaga) i odspiewaniem na stojaco hymnu.

Pozniej zaczal sie show, bylo wszystko tak jak byc powinno: rozjuszone byki i wierzgajace wierzchowce, jazda na byku i ujezdzanie dzikich mustangow, klowni zabawiajacy publike i odpedzajacy rozjuszone zwierzeta od ladujacych na ziemi jezdzcow, lapanie zblakanych jalowek na lasso solo i w duecie, popcorn, hot dogi, cienkie piwo i cola, oklaski i smiechy, muzyka country & western, zapach zwierzat i lajna, czyli generalnie dziki zachod w pelnej okazalosci.
Wspomniane trybuny
i menu, zwraca polish dog, cokolwiek to jest...

Przedstawienie rozpoczelo sie od wjazdu klownow...
i tradycyjnego skoku na motocyklu przez kobiete z broda
Zabawa z ujezdzaniem byka polega na tym by nie utrzymac sie na grzbiecie do momentu w ktorym zabrzmi syrena...
... chociaz jak widac to co proste w teori w praktyc jest odrobine trudniejsze...
... i nielicznym udaje sie dotrwac do upragnionego sygnalu...
... podekscytowanego pozbyciem sie pasazera na gape byka lepiej zostawic w spokoju...
A oto i ktortki instruktaz pozbycia sie intruaz z grzbietu...
... podrzucamy wysoko zadnie kopyta...
... i robimy gwaltowny skret na przednich nogach...
...ewentualnie dla zabawy mozna sprawdzic czas klowna na 100m,...
lub sprobowac zachacyc go rogiem.
Niektorzy stracency probowali jazdy na grzbiecie dzikiego mustanga.
A tu juz demostracja zrecznosci i sprawnosci lokalnych chlopcow, rzut lassem,...
...pewny chwyt...
i podrzut 50 kilogramowego bydlatka, w celu zwiazania jego racic,...
...po prawidlowo wykonanym cwiczeniu, bydlatko powinno spokojnie lezec na ziemi przez 15 sekund, w trakcie ktorych cowboy odpoczywa na grzbiecie swego wierzchowca.
Jak widac dla prawdziwych fanow rodeo niestraszne kibicowanie w zadnych warunkach.
Nastepnego dnia niekonczaca sie jazda samochodem, w sumie przejechalismy ponad 1200 km, ogladajac po drodze wystajaca z rowniny Devils Tower, na ktorej wedlug indianskiej legendy schronilo sie przed niedzwiedziem grizzly 7 indianskich dziewczynek i swymi modlami sprawily, ze skala wyrosla z rowniny, a pazury grizli wyryly na niej glebokie rysy.
Nieopodal Devils Tower ogladalismy kolonie pieskow preriowych, jedna z ostatnich w USA, niestety te sympatyczne zwierzatka sa dosc skutecznie zwalczane przez farmerow, ktorzy nie przepadaja za drazonymi przez nie tunelami.
Mt. Rushmore czyli pochwale amerykanskich prezydentow, jesli sie nie myle to: Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosvelta.
Na koniec zajechalismy do Crazy Horse Memorial, czyli odpowiedzi rdzennych mieszkancow Ameryki na Mt. Rushmore, zreszta miejscu gdzie Polacy bardzo mocno zaznaczyli swoja obecnosc osoba Korczaka Ziolkowskiego, ktory w 1948 roku rozpocza prace nad pomnikiem wodza indian Lakota - Szalonego Konia. Po ukonczeniu pomnik bedzie mial ok. 175 metrow wysokosci i 200 metrow szerokosci (ze wzgledu na skale i odmowe przyjecia federalnego finansowania prace postac wodza i konia, na ktorym siedzi, wylania sie z gory dosc mozolnie, ale jak mawial Korczak nie chodzi o to, zeby jak najszybciej skonczyc, tylko zeby dzialac i nadawac przez prace znaczenie swojemu zyciu).
Krotko po polnocy dotarlismy do Denver. Jutro wylot z powrotem najpierw do Londynu, a nastepnie do Warszawy. Po dziesiatej polskiego czasu w niedziele ladujemy na Okeciu. Sami nie mozemy w to uwierzyc.

środa, 9 lipiec 2008

Yellowsuperstone

Kto by pomyslal (na pewno nie MM), ze na koniec jeszcze bedziemy ogladac miejsca tak piekne? Yellowstone zupelnie mnie dzisiaj zachwycilo, Bromba poganial mnie w Grand Teton, obiecujac, ze widoki beda jeszcze lepsze. Krecilam jak zwykle nosem, bo mam w zwyczaju niedowierzac, ale Bromba zostal wynagrodzony moimi minami (najczesciej rozdziawienie), kiedy juz dotarlismy do Yellowstone. Wiekszosc parku (od razu powiem, ze park z polnocy na poludnie ma dlugosc 250 km!) lezy w ogromnej kalderze (zwykle otoczona waskim lancuchem wzgorz rownina) powstalej po wybuchu poteznego wulkanu. O skali wybuchu swiadczy (oprocz wielkosci kaldery) takze napis na jednej z tablic w parku gloszacy, ze popioly z wybuchu nioslo az na tereny dzisiejszego Teksasu, a to odleglosc mierzona w tysiacach kilometrow. Wulkaniczna historie widac tu na kazdym kroku.. wlasciwie powinnam mowic o wulkanicznej terazniejszosci, bo kolorowe, kipiace gejzery swiadcza o tym, ze pod ziemia wciaz sie gotuje. Gejzerow w Yellowstone mnostwo i sa one prawdziwym skarbem parku (drugi to oczywiscie zwierzyna), o pieknym gorskich krajobrazach nie wspominam.
W calym parku widoczne sa jeszcze slady wielkiego pozaru, ktory doslownie spustoszyl park w 1988 roku. Opowiadali nam o tym pozarze Hank i Margaret, bo wlasnie tego roku wybrali sie tam na wycieczke, ktora skonczyla sie ewakuacja. Wieziono ich droga do najblizszego wyjazdu z parku, a po zboczach wzdluz drogi schodzily sciany ognia. Widzielismy kilka zdjec z pozaru, niesamowity zywiol, zreszta nie udalo sie go opanowac. W Yellowstone przyjeto folozofie samoregulacji - pozary tej wielkosci zdarzaja sie podobno regularnie co ok. 200 lat, las plonie zgodnie z zamyslem natury (chroni sie tylko, o ile to mozliwe, zabudowania) i zgodnie z jej zamyslem sie odradza. A las jak okazuje sie odradza sie calkiem szybko. Choc spalone kikuty drzew to powszechny widok, Wojtek mowi, ze krajobraz w porownaniu z 2005 rokiem znacznie sie zazielenil.











Ze wskazowek praktycznych: jesli nie ma sie wickeda, chaletu albo tym podobnego domu na kolkach, to o tej porze roku rezerwacje to bardzo dobry pomysl. Yellowstone to ulubiony park narodowy, a nie tak odlegly 4 lipca to ulubione swieto federalne. Z noclegiem udalo nam sie w Jackson, udalo nam sie i dzisiaj, ale mniej przyzwyczajonym do tulaczek i niepogodzonym z perspektywa spania na dziko, zdecydowanie to polecamy. Hotele, motele, zajazdy i guesthousy kompletnie zapelnione. O noclegu w Gardiner przy polnocnej bramie parku mozna zupelnie zapomniec, jedyny motel, ktory wyswietlal napis "vacancy", wyswietla go niezmiennie od roku, ewidentnie wlasciciel zamykajac motel na cztery spusty zapomnial wylaczyc neon. Po spacerze miedzyrecepcyjnym, tym razem nieudanym, postanowilismy pojechac do Livingston, 52 mile na polnoc, kierujac sie przekonaniem, ze skoro jest tu skrzyzowanie z droga miedzystanowa, to musza byc motele w wiekszej liczbie. Motele rzeczywiscie sa, ale pelniusienkie. Sam widok parkingow nie napawal nas optymizmem. Uratowaly nas niespodziewanie linie lotnicze, ktore jakiemus nieszczesnikowi skasowaly lot i tym sposobem zarezerwowany przez niego pokoj cudem sie ostal. Tym samym po dwoch godzinach poszukiwan okazalo sie, ze jednak mamy fuksa :)

wtorek, 8 lipiec 2008

Jeszcze troche

Niedlugo juz, ale jeszcze troche czasu nam zostalo na podrozowanie. W niedziele polecielismy do Denver, od razu z lotniska wzielismy samochod (to nasze szalenstwo na koniec - mamykabriolet i do tego mustanga) i w trase. Wojtek bardzo z samochodu zadowolony, do tego stopnia, ze nie udalo mi sie go namowic na zakonczenie jazdy niemal do polnocy (ruszylismy okolo 3 po poludniu). Udalo nam sie za to dojechac od razu do Jackson w stanie Wyoming, czyli do bram parkow narodowych Grand Teton i Yellowstone. Turystow tu calkiem sporo, wiec raczej polecamy rezerwacje, ale udalo nam sie i bez niej (choc musielismy jeszcze odbyc nocny spacer od recepcji do recepcji).
Krajobrazy polnocnego Colorado i Wyoming (ten stan przejechalismy prawie caly) przepiekne. Mnostwo przestrzeni, niesamowite uksztaltowanie terenu i ogromne, ogromne niebo nad glowami. Z ziemi wystaja wielkie skalne bloki, jakby niedopchniete do poziomu (choc wlasciwiej byloby powiedziec, ze podwazone od dolu), prezentujace wodslonietym przekroju caly swoj geologczny zyciorys. Do tego intensywne barwy - wlasciwie bezdrzewnych prerii, ciagnacych sie w kazdym kierunku, soczystozielonych, czasem lekko pozolklych. W Wyoming podobno zdecydowanie wiecej zyje sztuk bydla niz ludzi (w calym ogromnym stanie mieszka mniej ludzi niz we Wroclawiu, i to o 200 tys.!). Tak to rzeczywiscie wyglada, wioski i miasteczka sa rzadkie, nieduze, pelno domow-trailerow z niesamowitym balaganem w obejsciu, rdzewiejacymi samochodami i zawsze obecnymi neonami znaczacymi sklepy i bary.
Wczoraj po sniadaniu ruszylismy w gory. Tetony przypominaja nieco wyzsze Tatry, sa mlode, ze skalistymi postrzepionymi szczytami, oczkami gorskich jezior, mocnym zywicznym zapachem lasu w nizszych partiach. Przed lancuchem gor rozciaga sie szeroka preria, teren nagle wygladza sie i trzyma poziom az do rownoleglego lancucha gor, ktore widac daleko na wschodzie. Wiecej tu zwierzat niz w Tatrach (sa grizzly i niedzwiedzie brazowe, losie, sarny, swistaki, mnostwo ptakow) i wydaje mi sie, ze mniej ludzi. Szlismy wczoraj dosc trudnym (na tle pozostalych, poza wspinaczkowymi :)) szlakiem do Surprise Lake, choc jest popularny, to wcale nie bylo tak duzo ludzi. Ostatnia czesc wedrowki byla dosc trudna, zapadalismy sie w sniegu, ktory ciagle jeszcze dobrze trzyma sie w starciu z lipcowym sloncem. Momentami zapadalam sie po uda, co ze wzgledu na brak dobrych butow (po trzecim sklejaniu poddalismy sie i moje 11-letnie buty zostaly w Meksyku) i krotkie spodnie, malo bylo przyjemne. Staralam sie strzepywac zamarzniety snieg z nog, ale zawsze cos zostalo i czulam tylko jak po lydkach splywa mi mrozna woda prosto do skarpetki. Taka naturalna krioterapia :) Ale widoki byly piekne, laki cale w kwiatach i pachnace tak intensywnie, ze powietrze wydawalo sie ciezkie i geste. Wieczorny powrot do Jackson tez bardzo przyjemny, nogi zmeczone, ale nad glowami niebo i wokol tyle swiata - bardzo przypadla mi do gustu idea samochodu bez dachu :) Kiedy dotarlismy, na glownym placu miejscowi aktorzy-amatorzy odgrywali strzelanine rodem z Dzikiego Zachodu, panowie w skorach, panie w falbaniastych kieckach, no i rzeczywiscie duzo halasu.
Dzisiaj jeszcze troche czasu spedzimy w Grand Teton i jedziemy dalej do Yellowstone.

niedziela, 6 lipiec 2008

na poludnie

Dzisiaj jest dzien podrozy, ale tym razem podrozujemy w czasie (w przestrzeni tez, ale do tego wszyscy sie juz przyzwyczaili). Otworzylam dzisiaj poczte, a tam odpowiedz na moj mail do Macka, wieki cale niewidzianego kuzyna. Mam nadzieje, ze spotkamy sie w Denver. W kazdym razie dostalam od Macka zdjecie, ktore momentalnie przenioslo mnie w przeszlosc
(zdaje sie, ze pierwsza polowa lat 80.). Here you go:

Jak widac nie byly to jeszcze czasy, kiedy wszystko co sie nosi, ma byc obcisle.. Blond grubasek to ja, w srodku syn Macka, a po prawej moja siostra.
A podroz w przestrzeni odbyla sie na poludnie - pojechalismy do Meksyku, nie daleko, do Nogales, na pyszny obiad i troszke tequilli. Miasta przygraniczne maja w sobie cos szczegolnego - wiecej w nich straganow, przez srodek biegnie rzeka, albo pas pustej ziemi, albo plot. W Nogales jest plot. The Great American Wall, sciana zaslaniajace niechcianych kucharzy, bagazowych, pokojowki, sciana, za ktora otwiera sie swiat wielkich szans i konsumpcji, plastikowych toreb, niepotrzebnych ciuchow, zarcia ze stresu i coca-coli zero.

Krzyze upamietniaja ludzi, ktorzy zostali zastrzeleni w trakcie forsowania granicy do lepszego swiata.
Niektore krzyze sa bezimienne.

Dreamland po lewej. Tani dentysta po prawej. Bez ubezpieczenia.

(Granice sa bliznami/ranami na ziemi.)

A to juz w sklepie, Meksyk sprowadzony do minimarketu.

Troche nieostre zdjecie. Margaret kupila grubego Elvisa do swojej pracowni, tylko w wersji bialej (Fat Elvis blanco). Gruby Elvis ma na swojej grubej klatce piersiowej drzwiczki, jak sie je otworzy mozna przejrzec sie w lusterku.

Meksykanski odpowiednik ogrodkowego krasnala.

Hank i Margaret w czasie naszego meksykanskiego obiadu.