niedziela, 3 lutego 2008

Chiang Mai

Dostarlismy na polnoc Tajlandii do Chiang Mai po dwoch nocach spedzonych w autobusie i pociagu. Zostajemy tu tylko dzisiaj, jutro wyruszamy do Laosu. Ale po kolei. Droga z Ko Phangan to kombinacja promow i autobusu, do Bangkoku dotarlismy wczoraj o 4 rano. Postanowilismy po drodze na polnoc odwiedzic stare stolice Tajlandii - Ayuthaye i Sukhothai, pelne ruin dawnych swiatyn i palacow. Pociag do Ayuthai wyruszal o 6:40, wiec nie obylo sie bez obozowania na peronie i troche w podstawionym wczesniej pociagu. Powoli wstawal dzien, powietrze wpadalo przez wiecznie otwarte okna wagonu klasy trzeciej. Bromba spal, a ja jako zwolennik podrozy pociagiem, szczegolnie w cieple poranki, czuwalam, wchlaniajac widoki za oknem. Najpierw dlugo Bangkok, opisana juz mieszanina starego z nowym, potem soczyscie zielone pola i drewniane wioski, pola ryzu jaki wielkie lustra odbijajace slonce i chmury. W Ayuthai ukrop (o nie!), po odrobinie targowania kierowca tuk-tuka zgodzil sie obwiesc nas po najwazniejszych zabytkach i ruszylismy. Tutaj kroluje Budda, bez zadnych kompromisow jak w Indiach - na rzecz Shivy czy Allaha. Swiatynie i palace w ruinie, ale ciagle mozna docenic dawnych budowniczych. A propos budowniczych - co prawda nie z Indiii, ale mamy dla Malego kilka dlugich imion: Borommarachathiraj i Bortomatrilokkanat - tak nazywali sie krolowie, ktorzy wybudowali kilka miejscowych swiatyn.
Zwiedzanie zepsulo nieco kolejne obiawienie naszej choroby z przegrzania: nasze ciala pokryly sie bomblami (choc poprzykrywane przed sloncem) w ostatnim akcie sprzeciwu wobec ciepla. Bromba tylko na plecach, ale ja wygladalam jak obcy 4. Bomble szczesliwie szybko zeszly, ale znowu przezylam chwile grozy i mniej uwaznie bylam w stanie przygladac sie ruinom.
Tak wiec zniecheceni do ruin, postanowilismy odpuscic sobie Sukhothai (uznajac, ze skoro to najstarsza stolica, to pewnie ruiny beda tez bardziej zruinowane) i wsiedlismy do nocnego pociagu do Chiang Mai. Szczescie nam sprzyja, bo niedziela to najlepszy dzien na zwiedzanie - wieczorem i w nocy odbywa sie "walking market" i jedna z najwiekszych ulic zmienia sie w deptak. Dzisiaj jest tez swieto kwiatow - zaraz idziemy poogladac. Tymczasem poranek nam uplywa na organizowaniu transportu do Luang Nam Than (albo do Vieng Phoukha) w Laosie, skad chcemy wyruszyc na dwu- albo trzydniowy trekking (zobaczcie: www.greendiscoverylaos.com). Jedziemy jutro rano i mam nadzieje, ze po przekroczeniu (a raczej przeplynieciu lodka) granicy, jutro po poludniu/wieczorem bedziemy na miejscu. Po powrocie z trekkingu, chcemy poplynac Mekongiem do Luang Prabang, ale wszystko (jak zwykle) wyjdzie w praniu. Z internetem po laotanskiej stronie granicy podobno gorzej, ale moze zdarzy sie jakas niespodzianka. Do napisania!

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

No wszystko to wygląda bardzo apetycznie, oprócz Waszych bąbli jak mniemam.
Ostatnio gadałam z Kurą i czytałam jej wierszyki Maćka pisane do mnie. I właśnie wtedy uzmysłowiłam sobie, że jedno z przezwisk, którymi mnie w miarę regularnie obdarza, to Bromba.
Strasznie się uśmiałyśmy zatem z miłosnego wierszyka Maćka do Bromby.
Wojtek po Waszym powrocie musimy to wyjaśnić bo kto tu do kogo pisze wiersze najszczersze?
Pat:)

Anonimowy pisze...

Witam, po przywołaniu się melduję;-) to jeszcze a propos poprzedniego wpisu... Wojtek obiecałeś przywrócić Żonę do pionu, ale coś się widzę nie udaje... heheh;-) Tak trzymać Kaśka!!!;-)
pozdrawiam z lutowej, gorącej W-wy
MK

Anonimowy pisze...

Bable przyslaniajace cudowne widoki...;), podziwiam, zliczyliscie juz zwiedzone swiatynie?
mysle, ze mozecie zostac, za jakies kilka miesiecy rekordzistami,
buziaki i udanego trekkingu

Anonimowy pisze...

Katarzynko
nie dawaj sie do pionu
buziaki
majka